Herbata prawdopodobnie już wie, że koronawirus SARS-CoV-2 zaatakował rasę ludzką. Dotychczas była w ciągłym obiegu, ciągle w ruchu - w kartonach, skrzyniach, torbach, worach i pakunkach. Potem zawożona do herbaciarni, przesypywana do słoiczków, puszek i torebek. Tu ją sypali, potem przekładali, tam ją ważyli, liczyli, (ba!) nawet do niej mówili (szaleńcy czajmani). Co chwilę uprawiali swoje rytuały i czary, parzyli, mieszali, gotowali, przelewali. Zanim ktoś próbował ją zalać i zaparzyć, to czynił przygotowań szereg. Czajnik wygrzał, czarki odpowiednio dobrał, wrzątek wystudził, odmierzył, odważył, nasypał, przesypał i dopiero uraczył w gorącej wodnej kąpieli, pilnując przy tym czasu, proporcji i temperatury. Ludzie przychodzili, wąchali, siadali, rozmawiali, degustowali, raczyli się, kosztowali i pragnienie gasili, czasem zabierali ją do domu. Popołudniami i wieczorami bywało bardzo gwarno. Nagle nic się nie dzieje..

Herbaciarnia zamknięta, nie słychać już bulgoczącej wody, nie unoszą się zapachy, nie słychać rozmów, nikt się nie porusza. Słoiki i czajniki pokryw kurz. Nastała cisza. Nikt nie wie jak długo potrwa, ani jak się skończy.
Marzec, rok 2010. Wtedy pierwszy raz weszliśmy do lokalu przy ul. Białoskórniczej 7-9 we Wrocławiu, w którym do tamtego czasu mieściło się Studio Diament - pracownia jubilerska. Na ścianach nie było obrazków, ale stara żółta farba, na podłogach nie było widać dębowego parkietu ale popękane linoleum, był to któryś z kolei lokal oglądany pod kątem stworzenia we Wrocławiu tradycyjnej herbaciarni - Czajowni. Był marzec, ale pomysł ten kiełkował w naszych głowach od kilku miesięcy. Zainspirowani herbaciarnią Dobra cajovna w Czeskim Cieszynie, do której chadzaliśmy od jakiegoś czasu, utwierdzeni w przekonaniu że to dobry moment, podjęliśmy decyzję - otwieramy Czajownię na Białoskórniczej! Kilka miesięcy przygotowań, ciężkiej pracy, pomocy rodziny (o niezłomni ojcowie nasi, chwała Wam!!), przyjaciół i znajomych, dużo potu i łez, upartości i energii. Marzenie powoli stawało się rzeczywistością, aż w końcu 12 września 2010 roku, w niedzielę, o godzinie 17 zadźwięczał pierwszy gong we wrocławskiej Czajowni.

Przez te 10 lat tworzyliśmy miejsce, zdawało by się, z herbatą w roli głównej. Zdawało by się, bo tak na prawdę Czajownia ma zdolność przybierania wielu różnych postaci, a wszystko zależy od położenia i oczekiwań obserwatora. Znamy takich, których to miejsce przyciąga magią fajki wodnej. Wielu jest tych, dla których jest wyłącznie (!) świątynią herbaty. Są też tacy, co im herbata ani fajka w ogóle nie przeszkadzają, grunt żeby było wolne miejsce w jakimś zakamarku na poduchach. Nie sposób zliczyć ile słów już padło w Czajowni i jakie miały znaczenie, ile decyzji zostało tu podjętych i ile pomysłów nabrało kształtów. Niezliczone historie zostały tu opowiedziane, wiele emocji, miłości i smutków. Nikt nie zliczy ile litrów łez się tu polało, ile iskier nadziei i motyli w brzuchach latało. Mury Czajowni widziały wiele, były świadkami niejednych zaręczyn i wielu porzuceń, urodzin, wieczorów panieńskich i innych scen życiowych.
Minęło już kilka ładnych lat od czasu kiedy S. zjawił się u nas po raz pierwszy. Przechodził Białoskórniczą i poczuł specyficzny aromat wydobywający się z magicznego przyrządu do palenia tytoniu namaczanego w melasie. Przyciągnięty jak ryba złapana na haczyk z ulubioną przynętą, zajrzał przez drzwi i ze swoim charakterystycznym luzem rzucił wiązanką typową dla mieszkańca zachodniego wybrzeża Stanów, takiego co życie bierze pełnymi garściami. Wszedł, zbił piątkę z czajmanem, rozgościł się i niecierpliwie czekał na fajkę wodną. Nie mógł się doczekać, przyzwyczajony do ekspresowej obsługi w samolotowej klasie biznes. Doczekał się, otrzymał przyrząd i puścił piękną, gęstą chmurę wonnego dymu. Dopiero po kilku miesiącach regularnych wizyt i zapoznaniu się z całą załogą, oznajmił że w każdym zakątku świata ma swoje ulubione miejsce na fajkę wodną, ale właśnie tu czuje się najlepiej. Człowiek ten zwykł pojawiać się regularnie, zawsze z uśmiechem na twarzy, zawsze na zestaw: fajka wodna, podwójna herbata marokańska z dużą ilością cukru i kuskus z warzywami. Różnice w jego zamówieniach zwykły polegać tylko na doborze smaku tytoniu do fajki wodnej i ocenie czy swój głód zaspokoi nikotyną, czy konieczny będzie też kuskus. Przy każdej wizycie miał czelność oznajmiać, że te wszystkie sztuczki które robimy z herbatą to tylko ładnie wyglądają, a rzekome walory naszych naparów to może i dobry chwyt marketingowy, ale na niego nie działa. Herbata ma być słodka i dużo. Do czasu. Przyszedł w końcu ten dzień, kiedy S. pojawił się w niezwykłej dla siebie wieczorowej porze, oznajmiając że jedzie prosto z lotniska, nie spał kilkadziesiąt godzin i dziś oczekuje rzekomych efektów działania herbaty. Uraczony matchawanem, w którym mieniła się zielona pianka na powierzchni dokładnie przygotowanego herbacianego proszku, ukrył zaskoczenie kształtem naczynia i jego zawartością i jak prawdziwy samuraj, z godnością, spożył zielony napój. Tego dnia został zagorzałym fanem i regularnym konsumentem japońskiej herbaty Matcha. To może spotkać każdego, nigdy nie wiadomo kiedy następuje wejście na ścieżkę herbaty. A ścieżka ta snuje się przez bardzo wiele krain i lądów, przechodząc przez skrajnie odmienne zakamarki. Co jest najważniejsze, każdy ma swoją i zawsze jest ona unikalna.
Życzymy sobie i Wam, aby te czajowe historie były jeszcze pisane, dlatego wprost i bezpośrednio apelujemy do Was, wszyscy nasi Goście, Fani, ci mniej i bardziej oddani, lepiej lub gorzej nam znani, chociaż w tej chwil nie możecie do nas zawitać bezpośrednio, prosimy zróbcie to poprzez sklep internetowy, kupcie od nas herbatę, my ją wyślemy lub dowieziemy, a szansa na to że ten cały SARS-CoV-2 nas nie wykończy będzie mniejsza. O tym z resztą jeszcze napiszemy, bo wiele wskazuje na to, że w naszym motto, że regularne picie herbaty hartuje ciało i ducha, jest dużo prawdy.
CZaj!